„36,6 stopni do piekła”
W cieniu było trzydzieści sześć i sześć stopni
Do piekła.
Cień-ciało
Ciało-cień
Ciałocień!
Gorąc
Gorącota – ta
Ona – znowu ona…
Zrodzona z demona.
De Mono z radia,
Chłop śpiewa o statkach… na niebie!
A ja na trzydziestym szóstym i szóstym stopniu do piekła!
Kapelusz na głowę, koszulę na plecy, spodnie na dupę – wszystko jak na-leży…
Wreszcie!
Uwielbiam porządek
W kolorze khaki.
Taki mogę – nie kłóć lasu w oczy,
Nie drażnić go żadną jaskrawością,
Kolcem różu, drzazgą czerwieni, zadrą fioletu.
Taki khaki jak krzaki!
Pojechałem za miasto chodzić po wodzie,
Po rzece Szum,
Posłuchać ciszy i chłodu.
Z rzeki wyszedłem na aleję dębów,
Na drogę obok kapliczki, pod wezwaniem i na cześć.
Już kiedyś tam byłem,
Pomimo że nie da się wyjść dwa razy z tej samej rzeki.
Podobno.
A jednak… już kiedyś tam byłem.
Powinno
W coś jednak wierzyć się.
Uwierzyć w się.
Uwierzytelnić się.
Pod najstarszym dębem alei stał facet w gajerze.
Przystanął, wygiął się, zadzierając głowę ku niebu,
Ale tak jakby zadrzeć chciał z niebem.
A stał przecież na trzydziestym szóstym i szóstym stopniu
Do piekła…
W tym gajerze i piachu,
Pod krawatem i pomnikiem przyrody.
Stał i jakiś nieprzystawalny był jednocześnie do krajobrazu.
Ustrzeliłem go z
Ogniskowej, kaliber 24 mm.
Nie zauważył.
Mnie zauważył.
Mimo że przemykałem
Ciałocieniem.
Odzieniem w kolorze „krzaki” musiałem go zmylić,
Bo zagadnął z całą śpiewnością języka typową dla tych stron:
– Panie, a ten dąb to ile może mieć lat?
– Ten ma ponad pięćset, panie.
– Tyle pokoleń… panie…
– Ano! A pan skąd jesteś?
– Z wesela, tu obok. Na kierowcę mnie wzięli, żebym ludzi rozwoził, więc wypiłem kielicha i wyszedłem go rozchodzić od razu. Za godzinę mi zejdzie. Jeszcze kawę wypiję.
– To chyba dobrze, że się ludziom jeszcze żenić chce w tym piekle…? Zawsze to jakaś nadzieja…
– Młodzi są… Ale pacz pan! Ten dąb to jeszcze zdrowy, korona mu się zieleni jeszcze. Tam w górze to on jeszcze pożyje! Jeszcze nas tam przeżyje!
– Tam w górze to my też pożyjemy! Tam w górze jeszcze się przeżyjemy!
